Turystyka komediowa w Budapeszcie

Widok na węgierski parlament z mostu łańcuchowego.

Bardzo mi się podoba fakt, że w moim życiu coraz częściej łączą się turystyka i komedia. Zeszła niedziela, jedziemy z Damianem Skórą na występ do Budapesztu. Wsiadamy do PolskiegoBusa i od razu robi się międzynarodowo. Przy stoliku czerwonej tryndy siedzi z nami Jamal z Iranu. Ciekawy gość – programista i biznesman (że start-upowiec). Zaczynamy gadać i w mniej więcej w trzecim zdaniu chwalimy się, że jesteśmy komikami w trasie. Koleś jest inteligentny, ale jednocześnie zadziwia mnie, jak wielu nie wie rzeczy oczywistych z punktu widzenia naszej kultury. Kiedy mówię o Monty Pythonie, Jamal pyta, czy to jakiś nowy komik i skąd pochodzi. Następnie okazuje się, że nigdy nie słyszał też o Bobie Marleyu i całym nurcie reage.

Opowiada nam o stand-upie w Iranie. I tutaj z kolei wychodzą na jaw zakorzenione w moim mózgu stereotypy. Bo w moim umyśle Iran to zaścianek wszechświata, w którym można zginąć za zjedzenie szynki z niewłaściwego zwierzęcia. Tymczasem okazuje się, że kraj jest bardzo mocno religijny, ale jednocześnie umiarkowany wyluzowany. Dziewczyny w hidżabach zostają nie tylko lekarzami, ale też komikami. Oczywiście większość stand-upu jest czysta ze względu na wszechobecny, sunnicki islam. Ciekawi mnie też fakt, że znaczna część irańskich komików opiera się przede wszystkim na Instagramie a nie na Facebooku czy Youtubie (co jest o tyle ciekawe, że Insta zezwala na publikowanie filmików o długości do jednej minuty).

Nad ranem wysiadamy przy dworcu Kelenfold, żegnamy się z Jamalem i idziemy zwiedzać miasto. Parę godzin włóczenia się – stara, górująca nad miastem Buda, Plac Bohaterów i oczywiście zabytkowe metro numer jeden, którym jeszcze Cesarz Franciszek Józef do pracy jeździł. Później idziemy przespać się w Just Like Home Hostel. Polecam. Fajne miejsce i bardzo tanio. Rekordowo niską cenę od łóżka prawdopodobnie uzyskaliśmy dzięki przeszukiwania Bookingu dzień wcześniej (promocje na ostatnią chwilę). Polecam tę metodę i sam serwis. Mało tego, jeśli jeszcze nie macie konta i zarezerwujecie nocleg przez link pod spodem, dostaniecie pięćdziesiąt złotych (ja też, ale to już detal).

Booking od Biskupa

Po odespaniu nocnej podróży i porannego zwiedzania spotykamy się z naszym gospodarzem. Tibor Szilagyi to Węgier mieszkający w Krakowie, którego zmobilizowaliśmy do zorganizowania występu w Budapeszcie. Jest to jedno z moich ulubionych miast, nic więc dziwnego, że mam tutaj też ulubioną knajpę. Matra leży przy ulicy Głównej (Fő Utca), która paradoksalnie znajduje się trochę na uboczu. Oldschoolowy klimat. Na ścianach podejrzanej jakości obrazy (można je kupić, ale nie sądzę, żeby ktoś to robił). Przy barze stali bywalcy w wieku emeryckim i lokalni studenci. Jesteśmy tutaj jedynymi turystami (i o to psiakrew chodzi). W menu tradycyjny węgierski szprycer, kiełbaski z papryką i smalec (też z papryką, co potwierdza teorię, że Węgrzy dodają paprykę do wszystkiego).

Nie ukrywam, że odrobinę złamaliśmy świętą zasadę, że przed występem się nie pije (ale to w końcu Budapeszt, więc wstyd by było wina nie skosztować). Udajemy się na występ. Niewielka scena plenerowa pod knajpą uniwersytecką (alma mater Tibora). Czujemy lekki niepokój, bo każdy z nas ma za sobą dużo występów, ale nikt jeszcze nie występował jednocześnie w plenerze, po angielsku i na Węgrzech. Czy Madziarzy mają poczucie humoru? I czy pokrywa się z naszym? (to jest z moim i Damiana, bo z Tibora raczej na pewno.)

 

Nasze obawy nie są słuszne. Żarty wchodzą jak złoto, a widownia utrzymuje niewiarygodną jak na plener koncentrację. Poszło fajnie i nawet mam na to dowody (konkretnie chodzi mi o wypowiedź Żużanny ;))

śmiać się do łez

Komentarze

Komentarze