Pulp Non-Fiction

Stand up w Polsce tyje i się rozrasta – imprez przybywa właściwie z dnia na dzień. Osobną kwestią są występy komików angielskojęzycznych. Ich ilość też rośnie, ale jakby wolniej (bo też skala zjawiska jest o wiele mniejsza). W kraju znajdują się trzy ogniska zapalne, w których rozwija się stand up comedy w języku Szekspira (a właściwie w tym wypadku Shakespeara). We Wrocławiu działa założone przez Jima Williamsa World-Wide Comedy. Żadna tam organizacja. Po prostu grupa znajomych, którzy organizują (i oczywiście występują). Jedną z imprez WWC jest Pulp Non-Fiction.

Bardzo prosta koncepcja. Komicy opowiadają prawdziwe historie. Zazwyczaj podczas wieczoru obowiązuje temat przewodni. Tym razem było podobnie, ale jednak inaczej. Topik jeden, ale jednak cztery. Chłopaki z Wrocławia na tapetę rzucili słowo HOT. Ma ono w opór znaczeń – temperature, sexy, spicy i stolen. Byłem zdziwiony tym ostatnim, ale podobno w Stanach o kradzionych rzeczach faktycznie mówi się, że są gorące. Zaskoczył mnie też brak hot w kontekście hot news. Wydaje mi się, że jest to znaczenie o wiele bardziej popularne niż kradzież.

Występujących było czterech (plus prowadzący). Z Wiednia przyjechał Regie Bärris – austryjacki odpowiednik Jima Williamsa. W cesarskim mieście kręci angielskojęzyczną sceną komediową. Reggie zajął się znaczeniem sexy. Shima, która pochodzi trochę z Iranu a trochę z Holandii, opowiadała o rzeczach kradzionych. Najbardziej podobał mi się występ Christiana A. Dumasa. Kolejny Amerykanin mieszkający w Breslau. Z zawodu jest pisarzem (co nie znaczy, że pisze powieści – po angielsku słowo „writer” może oznaczać także wyrobnika klepiącego teksty na zamówienie). Sporo ludzi może go jednak kojarzyć ze względu na prowadzenie twitterowego konta Drunk Hulk (170 tys obserwujących).

Christian mówił o gorącej Florydzie, z której pochodzi, ale szybko przeszedł na bardzo wciągającą historię pilnowania dwóch psów (z czego jeden okazał się być przybłędą).

Jak się zapewne domyślacie, też występowałem. Przypadł mi w udziale subtopik spicy. Może nie do końca przypadł, bo sam go sobie wybrałem. Podejmowałem decyzję kierując się jedną rzeczą – mianowicie tym, że kiedyś pracowałem w meksykańskiej restauracji. Stwierdziłem, że na pewno znajdę coś zabawnego o pikantnym jedzeniu.

Zacząłem się przygotowywać przed imprezą. I generalnie okazało się, że dupa. Nie miałem nic takiego. Najzabawniejsza była historia, w której risotto z tuńczykiem i oliwkami doprawiłem papryczkami jalapeno. Okazało się, że w oliwkach były już papryczki piri piri. Nie dało się tego jeść. Ot i cała pointa.

Zadzwoniłem nawet do mamy, żeby sprawdzić, czy nie pamięta jakichś zabawnych i dotyczących pikanterii szczegółów z mojego życia. Pamiętała. Był to jednak żart typowo maminy:


„Robiliśmy carbonarrę w górach i kazałam wujkowi ucierać żółtka z pieprzem. On trzymał miskę na kolanach i mieszał, a ja mu mówię, żeby mocno ucierał, to mu piperyna do jajek wejdzie.”
….
Jak już się wygoogluje, że piperyna to substancja odpowiadająca za ostrość pieprzu, robi się prawie śmieszne, a w każdym razie zrozumiałe. Mimo wszystko nie skorzystałem i opowiedziałem co innego. Swoją prawdziwą historię musiałem napisać (jedynie lekko posiłkując się faktami z życia). Niedługo powinienem mieć nagranie z imprezy. Jeśli będzie ono sensowne, zamieszczę je.

TUTAJ