Wojciech Fiedorczuk – tajemniczy człowiek, z którym mnie mylą

Czy ja wyglądam, jak Wojciech Fiedorczuk? No czy ja wyglądam jak Fiedorczuk? Powiedziałbym, że możecie sobie nas porównać na filmiku poniżej, ale tak naprawdę nie możecie. Wojtek podczas nagrywania „Żartów z kosza” postanowił się ukrywać za czapką i ciemnymi okularami.

Ale o co mi chodzi?  O to, że ludzie nas mylą. Był taki dzień na festiwalu w Lidzbarku Warmińskim. Fajna impreza. Można wygrać kasę i jeszcze dają nocleg w obiekcie z aquaparkiem. Obydwaj – i ja i Fiedroczuk -poszliśmy rano popływać. Przy wyjściu pani w recepcji próbowała mnie skasować za pobyt w saunie. Tylko że ja nie byłem w saunie. Wojtek był.
Wieczorem dziewczyna z organizacji festiwalu podeszła do mnie w sprawie odbioru nagrody. Dodam, że chodziło o nagrodę Fiedorczuka. Mogłem brać. Więcej hajsu.

No i jeszcze w trakcie koncertu finałowego przybiegł do mnie przerażony akustyk. Chciał mnie podpiąć i natychmiast wepchnąć na scenę. Jedyny problem polegał na tym, że do mojego wejścia była jeszcze ponad godzina.
Ciekawy jest fakt, że z Fiedorczukiem widziałem się sporo razy. I nigdy wcześniej ani później nas nie mylono.

Wojtek Fiedorczuk i jego stand up niebywały

Sam chwali się, że nie ma ulubionego stand-upera ze Stanów. Za to inspiruje się Przyborą, Tuwimem i kimś tam jeszcze. Wojtek ma powolny, mocno absurdalny styl. Jeśli tylko zgłosi się do udziału w festiwalu kabaretowym, kosi nagrody jak wściekły. Jury go lubi a w przypadku niektórych oceniających wręcz czci. Krzysztof Jaślar to w ogóle twierdzi, że Wojtek nie jest stand-uperem ale poetą. Nie słyszałem, żeby rymował, ale myśli ma faktycznie nie z tego świata. Takie własne i takie osobne.

Jego niewiarygodny absurd nie kojarzy mi się jednak z Mickiewiczem i Turnauem, ale z reklamą… Dlaczego? Wszyscy copywriterzy, których poznałem, mają zadziwiająco odjechane poczucie humoru. I oczywiście mówię tutaj o prawdziwych copywriterach tworzących kampanie, a nie o takich szmatach jak ja, które piszą teksty pod dosyć specyficzne upodobania Pana Google.

Bo Wojtek był copywriterem (nawet pracował przy reklamach tworzonych przez Mumio). Jego typ poczucia humoru bardzo przypomina mi ten absurd, który odstawia Ścibor Szpak. Trochę też przywodzi mi na myśl wiersze Radka Jakubiaka, którego znam ze slamów (wszyscy trzej pracowali lub dalej pracują w reklamie). Coś musi być w całodziennym łamaniu sobie głowy. Coś co sprawia, że twoje myśli już na zawsze pozostają zwichnięte.

Swoją drogą niedawno Wojtek zmienił strony i pracował w reklamie, ale jakby po drugiej stronie. Żabkę reklamował. Twarzą.

Szaleństwo w „Żartach z Kosza”

Z jednej strony Wojtek jest najstarszym człowiekiem, jakiego do tej pory zaprosiłem do „Żartów z Kosza”. A z drugiej, jeszcze nikt nigdy się tyle nie wygłupiał, co on. Jeszcze przed pierwszym pytaniem zaczął maskować swoją obecność, zakładając koszulę i intensywnie promując przy tej okazji second hand Odzież Zachodnia w Kędzierzynie-Koźlu. Później na szczęście udało nam się dojść do clue sprawy i pogadać o tekstach, które wyleciały z programu.

Sondowałem Wojtka, czy jego zdaniem absurdu może być zbyt dużo. Moim zdaniem jak najbardziej, może być. Trochę jak z wulgaryzmami. Środek jak każdy inny, a jednocześnie, kiedy jest go zbyt dużo, może się zrobić trochę źle. Wojtek ma oczywiście inne zdanie. Według niego komik może mieć tak odjechane myśli, jak tylko chce, jeśli dalej jest w stanie prowadzić za sobą publiczność. Gdzieś w trakcie tej dyskusji wrzucił też całkiem spoko tekst na temat żartów jako takich:

wojciech fiedorczuk a obok cytat z tegoż

 

 

Jeśli oglądaliście „Żarty z Kosza”, mogliście zauważyć, że w rzeczywistości Wojtek powiedział: „Żart musi być logiczny, sprytny lub bardzo mądry. Albo tak głupi, że…” I tutaj niestety mu się w słowo wryłem. Jak myślicie, jak co może być głupi żart według Fiedorczuka? Napiszcie w komentarzach.

Dodaj komentarz