Stand up na zakończenie sezonu żużlowego

koleś w kapturze na dancingu
W tym miesiącu, trochę z zaskoczenia, dowiedziałem się o istnieniu nowego (dla mnie) typu eventu. Zostałem zaproszony na imprezę z okazji zakończenia sezonu żużlowego. I pewnie część z Was sobie teraz wyobraża, że zagrałem stand up dla bandy potężnie zbudowanych gości w kombinezonach i kaskach. Na szczęście ten bankiet wyglądał trochę inaczej (ale i tak ciekawie). Okazało się, że zawodnik był tylko jeden. Resztę gości stanowili sponsorzy i ekipa (ludzie typu kostruktor silników). Czyli innymi słowy po raz pierwszy zagrałem na imprezie, która była czymś pomiędzy urodzinami i firmówką. I to na dodatek odbywała się w naprawdę wyjątkowym mieście…

budynek w Ciechocinku, chyba jakaś tężnia

 

 

Stand up w Ciechocinku. Na szczęście nie na deptaku.

Zjeździłem już całą Polskę i czasami mi się mylą nasze piękne miasta i miasteczka. Ale w Ciechocinku to jeszcze nigdy nie byłem i tego jestem pewien. Ta miejscowość po prostu jest zbyt unikalna. Dużo budynków z końca dziewiętnastego wieku. I dużo ludzi z początku dwudziestego wieku. Ja myślałem, że etos Ciechocinka jest mocno wyolbrzymiony. Okazuje się, że nie… W pierwszej knajpie, do której wszedłem, trwał dancing. O godzinie szesnastej! Dopiero później dowiedziałem się, że to tak zwany fajf i że tutaj stanowi normę.

Okazuje się jednak, że nie tylko dancingi są tutaj wszechobecne. Każda knajpa oferuje też czerninę. Poważnie! Pełno tego jest. Także Ciechocinek to takie miasto, do którego starzy ludzie przyjeżdżają, żeby tańczyć i jeść krew.
Stwierdziłem, że ja też spróbuję. Najpierw, zapytałem jednak kelnerkę, czy to ludziom smakuje. Odpowiedziała:
– Wie pan, na czerninę to tutaj przychodzą tylko tacy, co lubią czerninę.
No i sobie wyobraziłem model człowieka. Amant-masochista. Podnieca go odrzucenie. Podrywa niewiastę, ale nieudolnie i drażniąco. Stara się też jak najszybciej poznać jej rodziców. Jest dla nich miły, ale jednocześnie subtelnie wk@rwiający. I tylko czeka, aż go zaproszą do knajpy na jego ulubioną czerninę…
Tak wiem, że przekombinowane :)

Stand up dla żużlowca

Większość bankietów, na których gram to jednak imprezy firmowe. Na nich wszystko działa według prostego schematu. Jest prezes – człowiek, który daje innym pieniądze. Tutaj był żużlowiec i jego sponsorzy. Trzydziestu ludzi, którzy dają pieniądze temu jednemu. Chłop się wrypał w posiadanie trzydziestu szefów i jeszcze ich na imprezę zaprosił.

I a propos sponsorów. Podczas stand-upu czepiłem się jednego z nich. Zawodnika sponsorują duże firmy przemysłowe. Azoty, Vestahl, tym podobne. Pomiędzy ich logami pojawilo się jednak także zdjęcie uśmiechnietej świnki (zdjęcie poniżej). Nie omieszkałem zapytać, czym handluje firma Prosiaczek. Wędlinami czy odzieżą dla otyłych dzieci?


Okazało się, że niestety wędlinami. A przy okazji akurat tę markę na bankiecie reprezentowała pani o wyglądzie zupełnie nieprzystającym do nazwy.

Widząc motor z logami i jeszcze bardziej mieniący się od znaków towarowych kostium, zacząłem się zastanawiać… Konkretnie nad tym, czy ja też mógłbym sobie znaleźć sponsorów? Czy jest możliwy taki model biznesowy u stand-upera? Może i jest możliwy, ale jednak chyba bym nie chciał występować w marynarce z logiem Prosiaczka. Ani z kaskiem Redbulla na głowie.

Jedna myśl na temat “Stand up na zakończenie sezonu żużlowego”

Dodaj komentarz