Późne halloween, wczesne andrzejki

gość ze sztucznymi dziarami na twarzy

Nie będę ukrywał, że występy, a już zwłaszcza te na imprezach firmowych, są bardzo podobne do siebie. Przyjeżdżam, gram, gadam z widzami, idę spać, wracam. W listopadzie jakimś tajemniczym zrządzeniem losu na eventach bądź wokół nich dzieją się ciekawe rzeczy. Ergo, jest o czym pisać.

Na początku miesiąca grałem na zakończeniu sezonu żużlowego w Ciechocinku i wpis na ten temat już opublikowałem. Pod koniec listopada z kolei pojawię się na piątych urodzinach ekskluzywnego salonu fryzjerskiego w Warszawie. Jestem niemalże pewien, że coś do napisania się znajdzie, bo cóż… Nie pasuję do tego miejsca. Co parę tygodni strzygę się na zero maszynką. Sam. A tam golenie kosztuje sześćdziesiąt pięć złotych. 

Teraz skupię się jednak na tym, co pomiędzy. Równo w połowie miesiąca poprowadziłem imprezę hmmmm naprawdę wyjątkową. Piętnasty listopada. Jaką można tego dnia wymyślić okazję do spotkania? Oczywiście mieszaną. Późne halloween, wczesne andrzejki. Chylę czoła przed geniuszem osoby, która na to wpadła…

Performerzy na imprezę firmową

Jak się nad tym zastanowić, obydwie okazje mają ze sobą coś wspólnego. Może nie wiele, ale jednak coś. Halloween to święto duchów i demonów. Andrzejki z kolei opierają się na wróżbach. I tu i tu występują związki z  mistycyzmem.

Pojawiły się więc atrakcje nawiązujące do obydwóch „świąt”. Był chłopak lejący wosk przez ucho od klucza oraz były wróżki. Aby coś o nich wspomnieć podczas konferansjerki, próbowałem przeprowadzić wywiad z jedną z nich. Miała na imię (na ksywkę?) Szamanett i trochę się migała od odpowiedzi. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej w ten sposób:

  • Pani Szamanett, ma pani jakieś osiągnięcia?
  • Tak mam. Wielokrotnie pojawiałam się w mediach…
  • Ok, media, spoko. A co jest najistotniejszą rzeczą, jaką udało się pani przewidzieć?
  • Ja to raczej staram się ludziom pomagać.

Czyli jak rozumiem, pani Szamanett nigdy nie przewidziała absolutnie nic. Tego jednak nie powiedziałem, w trakcie zapowiedzi, bo jednak moja rola na eventach nie powinna polegać na podważaniu kompetencji innych uczestników (nawet jeśli sam w nie wątpię).

Większość form rozrywki na imprezie były to tak zwane sideshows. Punkty, do których uczestnik może podejść w dowolnym momencie. Dwa z nich nawiązywały do halloween. Była oczywiście fotobudka ze strasznymi przebraniami. To już trochę oklepane, ale cóż… Najwyraźniej dalej idzie. O wiele ciekawsze jednak było stanowisko Jowanki Czarnik, która malowała twarzy w mroczne wzory i desenie. Zrobiła mi super bliznę. Taką, że naprawdę się wcinała w ciało. Szacun :)

Największe wrażenie na mnie zrobiły jednak performance’y. Niby nic wielkiego, a jednak coś, czego jeszcze nie widziałem. Bo zazwyczaj atrakcje na imprezy firmowe są stonowane. Takie, żeby nikogo nie urazić ani nie przestraszyć. A tymczasem performerzy na tym evencie byli cokolwiek niepokojący. W naprawdę imponującej, cmentarnej charakteryzacji zaczepiali ludzi i robili hmmm… mroczną klaunadę. Przewracali się, szczękali łańcuchami, udawali że atakują. Mnie najwyraźniej uznali za swojego Lorda Saurona, bo w którymś momencie zaczęli bić przede mną pokłony :)

cmentarny gentleman w natarciu
Jeden z cmentarnych gentlemanów w natarciu

Dowiedziałem się, że chłopaki nie mają strony, ale jeden z nich występuje też jako Vincent Grotesque. Także pewnie pod tą ksywką uda się ich znaleźć.

Krótkie wejście performatywne miały też tancerki. Wkroczyły między ludzi jako dziewczynki z ‚Kręgu’. Ich powolne snucie się pomiędzy gośćmi i minimalizm całej akcji był naprawdę creepy. Minimalizm jednak często robi wrażenie.

performance "Dziewczynki z Kręgu"
Dziewczynki z ‚Kręgu’ świetnie się bawią na parkiecie.

Dwa wyzwania konferansjerskie

Impreza była spoko. Po pierwsze nie można jej nazwać trudną. A po drugie już drugi rok z rzędu prowadziłem jesienny event dla Cap Geminini, więc część gości mnie znała. Napotkałem jednak dwa drobne, ale dosyć oryginalne problemy.

Przede wszystkim w planie było przeprowadzenie licytacji charytatywnej przez jednego z pracowników. Ja mu miałem pomagać. Okazało się, że nie mam w czym… Koleś licytował tak, szybko i tak sprawnie, że tylko bym go spowalniał. Uznałem, że w tej sytuacji wykażę się większym profesjonalizmem, jeśli będę milczał i czekał w gotowości.

Później się okazało, że prowadzi razem z żoną galerię sztuki. To wiele tłumaczy:)

Drugi problem był o wiele bardziej denerwujący. Jedna uczestniczka imprezy zaczęła mi wydawać polecenia. A raczej próbowała wydawać mi polecenia. Nie słuchałem :)

Z prostego powodu. Być może w swojej firmie zajmuje naprawdę wysoką pozycję. Ale ja tego nie wiem. Nie wiem też, kto w korporacji był odpowiedzialny za ustalanie szczegółów imprezy. Krótko mówiąc, nie mogę przyjmować wytycznych od każdego kto do mnie podejdzie i poda się za szefa. Dlatego właśnie panią z dużymi ambicjami konsekwentnie odsyłałem do swojego przełożonego z agencji Klaps-art.

Dodaj komentarz