Chcę przestać ćpać zozole i pawełki

przećpany koleś prze lustrem

Nigdy o tym nie pisałem, ale JESTEM MOCNO UZALEŻNIONY.

Od żadnej tam hery, amfy czy kokainy. Jestem uzależniony od milki, zozoli i pawełków. Od cukru. W każdej postaci. Właśnie próbuję odstawić słodycze i poniewiera mną jak tym gościem w Trainspotting. Mój organizm ciągle drze biologicznego ryja, że jest głodny. Jak już zjem, jakby szeptem dodaje: „a teraz zgodnie z tradycją, deserek…” Ciągle chce mi się kebaba albo cheesburgera z McDonalda. Jak już je zamówię, coś w środku mówi ” i jeszcze colę. Zawsze bierzesz do tego colę…” A tym razem nie biorę. Ale i tak jem więcej kebabów i cheesów. Bo wiem, że w tych wszystkich sosach jest w opór cukru. A jednak technicznie nie kwalifikują się jako słodycze.

Jak usypiam, momentami wydaje mi się, że widzę kątem oka białe myszki z marcepanu. Zeżarłbym. Wciągnąlbym je razem z ogonkami. A nienawidzę marcepanu.

Jak siedzę w kawiarni, jestem smutny. Bo okazało się, że ja nie lubię cappucino. Ja lubię pięć łyżeczek cukru, które zawsze wsypywałem do cappucino. Siedzę nad tą lurą z trzepanego mleka i się zastanawiam. Nad tym, że chyba byłbym w stanie zabić człowieka za tiramisu. Za pana cottę mógłbym latać samolotem nad Sajgonem i zrzucać napalm.

I jak zjadam jabłko, to czuję taką błogość, jakbym wlewał w gardło ekstrakt coca coli, który jest w maszynach w KFC. Ale tylko przez chwilę. Bo po paru minutach mój organizm się orientuje, że nie dostał sacharozy tylko o wiele słabszy narkotyk. Fruktozę, z tfu witaminami i tfu błonnikiem. I drze ryja, że chciałby wyżej wymieniony ekstrakt. Najlepiej w cysternie.

I mam w dupie, czy ten post jest śmieszny. Po prostu wiem, że jeśli go opublikuję, będzie mi o wiele ciężej się złamać.

Dodaj komentarz