Hannah Gadsby i jej toksyczny związek z widownią

hannah gadsby podczas występu

Special „Nanette” Hanny Gatsby poleciła mi moja dziewczyna. Konkretnie słowami:

„Świetny stand up. Ale się upłakałam…”

I nie ukrywam, że nagranie obejrzałem właśnie ze względu na ten płacz. I nie chodzi o to, że łzy Ani mnie jarają. Po prostu ta niezwykle oryginalna, w odniesieniu do stand upu, recenzja wzbudziła moją ciekawość.

Hanna Gadsby definiuje żart

Ja nie płakałem, pomimo że niektóre fragmenty były naprawdę poruszające (końcówka dotycząca gwałtu). To jednak coś zupełnie innego przykuło moją uwagę. Interesują mnie teorie humoru. Swojego czasu sporo o nich przeczytałem, a coś nawet napisałem. Hanna mnie zaskoczyła jednym, żartem. Który de facto okazał się być nową definicją samego żartowania:

„Śmiech jest dla nas dobry. Pomaga rozładować napięcie. A bycie spiętym jest niezdrowe… (…)

Wyjaśnię wam, czym jest żart. Jeśli rozłożymy go na czynniki pierwsze, to u samej podstawy żart musi mieć dwa elementy, by był udany. Wprowadzenie i puentę.

Jest jak pytanie z zaskakującą odpowiedzią. Ale w tym kontekście żart jest pytaniem, które sztucznie zapłodniłam. Jesteście spięci i to moja praca. Powoduję napięcie, po czym was rozbawiam i myślicie „Uff, dzięki za to. Byłem trochę spięty.

To ja was spięłam. To toksyczny związek.”

Muszę powiedzieć, że jak to zapisałem i na nowo przeczytałem po czasie, nie wydało mi się ani trochę śmieszne :) To pewnie dlatego, że tekst mówiony wiele traci, kiedy trafia na papier. Jeśli chcecie w stu procentach docenić żart, obejrzyjcie go w serwisie Netflix. Zaczyna się gdzieś w 39 minucie speciala.

Dlaczego ta definicja żartu zrobiła na mnie takie wrażenie?

Przypuszczam, że kilka osób może uznać moje podejście za przerażające. „Nanette” to program przełomowy. Rzadko zdarzają się stand-upy tak przejmujące, dramatyczne i zwłaszcza kończące się zapowiedzią opuszczenia sceny komediowej przez występującą. Poza tym, porusza ciekawe i zaskakujące tematy. Hannah mówi między innymi o tym, dlaczego Vang Gogh nie nie sprzedał za życia ani pół obrazu.

Program jest zajebisty, a ja się czepiam akurat jednego żartu.

Sorry, ale metafora związku komika z widownią jako relacji sado-masochistycznej wydaje mi się zbyt ciekawa. Pokazuje nowe spojrzenie na zagadnienie żartu oraz przypomina jak dziwnym zjawiskiem jest sam humor. Już od lat naukowcy łączą go z agresją. Według wielu teorii śmiech ma być pozostałością po zwierzęcym szczerzeniu zębów. Gadsby też wiąże ze sobą żarty i cierpienie ale w zupełnie nowy sposób.

Przy okazji definicja Hanny zwróciła mi uwagę na jedną rzecz. Ja zawsze (a w każdym razie od dawna) uważałem zaskoczenie za najistotniejszą część żartu. W Stanach natomiast wielu specjalistów wymienia na pierwszym miejscu napięcie. Dla mnie jest to podejście częściowo prawdziwe, ale też trochę dziwne. Bo są takie żarty, które nic w człowieku nie spinają. Składają się z wprowadzenia z puentą. I w odniesieniu do nich powyższa definicja nie ma absolutnie żadnego zastosowania. Perfekcyjnie sprawdza się natomiast, kiedy przyłożymy ją do wielu żartów Gadsby. Bo dotyczą niezrozumienia, depresji, opresji, strachu i gwałtów.

Teoria z toksycznym związkiem komika i publiczności o wiele lepiej więc sprawdza się w odniesieniu do czarnego humoru niż innych odmian żartów. Oczywiście moim zdaniem.

I apropos czarnego humoru, kiedyś dosyć dawno temu napisałem o nim cały osobny tekst. Możecie sobie przeczytać.

Dodaj komentarz