Jeszcze jestem studentem, spędzam wakacje w schronisku górskim, które niewiele później przejmie mój wujek. Mam tutaj dobre konszachty. Schroniskiem zarządzają znajomi, więc noclegi odrabiam pracą. Nie zaszkodzi mi, bo w czasach, o których mowa jeszcze jestem czystą ścierką nie skażoną plamami uczciwego zapierdolu. Tak się składa, że ja i moi koledzy mamy pomagać lokalnemu drwalowi w transportowaniu jakichś porżniętych bali drewna na górę. Drwal Józef przychodzi po nas około jedenastej. Wionie wódą tak, że aż świerki więdną. Jest obły, a na gębie czerwony. Nogi i dół swojego wielkiego kałduna, prawdopodobnie skrywającego srogi drwalski kaloryfer, wraził w workowate spodnie, które są drastycznie zbyt krótkie i zdecydowanie sprawiają wrażenie jakby je nosił od dwunastego roku życia. Na dodatek non stop. Uzębienie drwala jest delikatnie mówiąc niekompletne. Być może ze względu na prześwity w uśmiechu, być może ze względu na krążący w żyłach alkohol, a być może po prostu przez lekkie upośledzenie umysłowe, drwal bełkocze. Jedynym słowem, które wymawia w miarę wyraźnie, jest siarczysta góralska „kurwa”. Z trudem i wspólnymi siłami domyślamy się, co i właściwie w jakim języku do nas mówi. Ostatecznie zakładamy, że drwal chce, żebyśmy za nim szli. Idziemy. Drwal Józef z przodu, my za nim. Ale to tylko z początku, bo drwal Józef bez żadnego skrępowania radośnie sobie popierduje. Zgodnie wyprzedzamy drwala i zastanawiamy się, czy aby jednak nas nie stać na opłacenie noclegu… Czytaj dalej „Lumbersexual – człowiek drwaloseksualny”
