Sam w to chyba nie wierzę, ale ten wpis będzie traktował o uczuciach, a konkretnie o jednym z nich. Tak się jakoś złożyło, że ludzkość nie tylko ponazywała atakujące ją emocje, ale także podzieliła na dwie grupy – jak to zwykle bywa, na dobre i złe. Miłość, życzliwość, ufność, podziw to te, które w sobie rozwijamy i pielęgnujemy, natomiast rozdrażnienie, gniew, rozczarowanie, zazdrość i wiele wiele innych odpychamy od siebie, oddalamy, wykopujemy dołek, wrzucamy doń i przysypujemy piaskiem.
Z jednej strony normalna rzecz, bo nikt nie lubi być smutny, nikt nie lubi się męczyć, siedzieć w koncie (błąd celowy z pozdrowieniami dla Szymona Kabacińskiego) chlipiąc i myśląc o poziomie własnej beznadziei. Z drugiej strony gdyby wściekłość, frustracja i rozczarowanie zniknęły, nic nie pchałoby nas do przodu, stalibyśmy się dziwnymi stworkami podobnymi do Elojów z Wellsa. Cały dzień miotalibyśmy się w pozytywnej euforii, dając sobie prezenty bez powodu. Czytaj dalej „Siedemdziesiąty post ogólnie, pierwszy o zazdrości”