5 zabawnych (ale niekoniecznie radosnych) książek

Na tej liście zbieram książki, które ostatnio czytałem i które mnie rozbawiły.

Tak jakoś wyszło, że zazwyczaj nie są to pozycje jednoznacznie radosne. Dosyć często żarty w nich dotyczą cierpienia albo tego, że Amerykanie zbombardowali Drezno.

Jeśli więc szukacie zestawienia typu: “Pięć książek, które poprawią Ci humor”, możecie się lekko zawieść. Jeśli natomiast odpowiada Wam odrobina humorystycznej masakry, to zapraszam do czytania (tekstu i przede wszystkim tytułów z listy).

Kurt Vonnegut – “Rzeźnia numer 5”

KUP WERSJĘ PAPIEROWĄ

Książka ma rzeźnię w nazwie i opowiada o bombardowaniu Drezna. W jego trakcie miasto zostało właściwie zmiecione z powierzchni Ziemi.

Zdarza się.

Jednocześnie jest to pozycja bardzo zabawna. Naszpikowana czarnym humorem i absurdem.

Czarny humor wynika oczywiście z wojennej scenerii. Absurd z faktu, że umysł głównego bohatera nieustannie przeskakuje w czasie i przestrzeni. Regularnie wędruje pomiędzy bezsensem drugiej wojny światowej a zoo na planecie Trafalmadoria (w którym nasz protagonista siedzi jako okaz).

Kurt Vonnegut w pełnej krasie.

“Ośmiu drezdeńczyków w ponurym nastroju zbliżało się do wagonów z jeńcami. Wiedzieli jak głupio i marnie wyglądają w roli żołnierzy. Jeden miał nawet protezę zamiast nogi i oprócz nabitego karabinu uzbrojony był także w laskę. Mimo to oczekiwano od nich, że zasłużą na posłuszeństwo i szacunek pewnych siebie i dyszących rządzą mordu amerykańskich olbrzymów, przybyłych prosto z frontowych jatek.

I wtedy ujrzeli zarośniętego Billy’ego Pilgrima w błękitnej todze i srebrnych butach, z rękami w mufce. Wyglądał co najmniej na sześćdziesiąt lat. Obok Billy’ego stał mały, porażony wścieklizną Paul Lazzaro ze złamaną ręką. Obok Lazzaro stał biedny stary nauczyciel szkoły średniej Edgar Derby, posępnie brzemienny Patriotyzmem, widmem starości i wyimaginowaną mądrością. I tak dalej. Ośmiu żałosnych drezdeńczyków upewniło się, że ta setka pokracznych istot to rzeczywiście amerykańscy żołnierze przybyli z frontu. Uśmiechnęli się, a później wybuchnęli śmiechem. Ich strach ulotnił się w momencie. Nie mieli już żadnych powodów do obaw. Ci ludzie byli jeszcze większymi pokrakami i ofermami od nich. Wszystko zmieniało się w operetkę.”

“Rzeźnia numer 5” momentami przypominała mi Szwejka w wariancie amerykańskim

Swoją drogą Vonnegut tworzył shared universe, zanim to było modne. Trafalmadoria i nieudany pisarz science-fiction Kilgore Trout to dwa z kilku powtarzających się w jego twórczości motywów. Możecie przeczytać jego dostępne na rynku książki i sprawdzić, czy uda Wam się odnaleźć wszystkie powiązania pomiędzy tytułami :)

Terry Pratchett – “Pomniejsze bóstwa”

KUPE WERSJĘ PAPIEROWĄ.

U Terry’ego Pratchetta koncepcja mało istotnych bóstw regularnie powraca. Na przykład w “Wiedźmikołaju” pojawił się bóg kaca. Nie zazdroszczę mu życia wiecznego, bo cierpiał na ból dnia poprzedniego właściwie non stop.

“Pomniejsze bóstwa” z kolei skupiają się na postaci boga Oma. Kiedyś był potężny – z grubsza ten sam level co Jahve. Obecnie podupadł i żyje pod postacią żółwią, który z uporem maniaka rzuca na otaczający go świat klątwy (które nie działają, bo wiecie, jest żółwiem).

“W całym multiversum doprowadziło to do pojawienia się mężczyzn i kobiet o porażającej inteligencji i empatii, poświęcających całe swe życie służbie bóstwom, które nie potrafiłyby ich zwyciężyć w solidnej partyjce domina. Na przykład siostra Sestina z Quirmu nie zlękła się gniewu miejscowego króla, przeszła po rozżarzonych węglach i propagowała rozsądną etykę w imieniu bogini, którą interesowały wyłącznie nowe fryzury. Brat Zelilit z Klatchu porzucił rodzinę i ogromne dobra, a resztę życia poświęcił chorym i ubogim, ku chwale niewidzialnego boga F’ruma, o którym sądzono, że gdyby tylko miał tyłek nie potrafiłby go znaleźć obiema rękami, gdyby posiadał ręce.”

Tutaj słowo o Pratchecie. Są ludzie, którzy darzą go czcią wręcz nabożną. Są natomiast tacy, których drażni jego chaotyczny styl i groteskowe postacie.

Ja uwielbiam opowieści ze Świata Dysku. Jego fantastyczną niedorzeczność i żarty pojawiające się tak często, że aż utrudniają czytanie.

Jeśli też go polubicie, zachęcam do zapoznania się z innymi powieściami z cyklu. W Polsce wyszło ich przeszło trzydzieści. Jest w czym wybierać.

Maciej Dehnel – “Ale z naszymi umarłymi”

KUP WERSJĘ PAPIEROWĄ.

Pod względem ocen ta książka nie wypada najlepiej (6.2 na Lubimy Czytać, 3.1 na stronie Empiku). Ale to moim zdaniem w ogóle nie oznacza, że jest zła.

Przypuszczam, że pozycja została rozjechana przez wściekłych Prawo-Polaków.

Już tłumaczę. Powieść opowiada o epidemii zombi, która rozpoczyna się w podkrakowskich Cikowicach. Truposze są nietypowi. Spokojni. No chyba, że zobaczą cudzoziemca. Wtedy gryzą i zamieniają go w kolejne polskie zombie. Ponadto na widok maryjki czy ołtarza umarlaki przyklękają i machinalnie wykonują znak krzyża przy dźwiękach nieartykułowanego mruczenia.

Jeśli ktoś na widok dewocjonaliów zachowuje się podobnie, mógł się obrazić.

Dodatkowo główni bohaterowie żyją w otwartym związku homoseksualnym. To prawdopodobnie też nie wzbudza sympatii u statystycznej, polskiej konserwy.

Najbardziej antypolska książka, jaką czytałem. Polecam.

“W polskich mediach wszystko to wyglądało nieco inaczej, zwłaszcza w mediach państwowych, które z zombie próbowały zrobić wielki sukces rządu. Uśmiechnięte prezenterki i prezenterzy deklamowali kawałki o wielkim sukcesie polskiej polityki turystycznej, a wtórował im rzecznik Krajowej Izby Turystyki (…), opowiadający, że do naszych pięknych gór i jezior, niepowtarzalnych w swojej urodzie i drogich sercu każdego Polaka, dołączyła oto atrakcja, jakiej nie ma nigdzie na świecie, “co klient zagraniczny docenia, on by tu przyjeżdżał, nie bacząc na koszty, nie bacząc na niewygody, a tym bardziej w obecnych komfortowych warunkach”. Ze wszystkich materiałów przebijała duma, duma, narodowa duma, że to fenomen wyłącznie polski, że zwłoki wychodzące z ziemi, tej ziemi, że oprócz Chopina, Kopernika i pierogów wreszcie jakiś nowy, rdzennie piastowski cud mamy, od filmowców tak czekany, od popkultur ogłoszony, od narodów upragniony, wieszczony przez hollywoodzką kinematografię i wysokonakładowe powieści, ukazujące się u nas wyłącznie jako przekłady, a tu proszę, proszę, jest zombie! Nasz ci on! Na całych psich szpaltach – my, na wszystkich kanałach – my, na białoczerwono -my, od Paris po London – my.”

Evžen Boček – “Ostatnia Arystokratka”

KUP WERSJĘ PAPIEROWĄ.

Czesi są mistrzami humoru. Kręcą świetne komedie, piszą zabawne książki, a podczas rozmów przy piwie z przypadkowo napotkanymi Prażanami też można się nieźle uśmiać.

Dlatego na każdej tego typu liście musi znaleźć się przynajmniej jedna książka znad Wełtawy. Pomijam Haška, kiedyś dodam tutaj Hrabala. Na razie na listę trafia powieść współczesnego czeskiego pisarza.

“Ostatnia Arystokratka” Evžena Bočka często uchodzi za książkę lekką. I faktycznie nie znajdziemy w niej skomplikowanych dywagacji filozoficznych ani rozdzierających dylematów moralnych. Jednocześnie głównej bohaterce cały czas dzieje się krzywda.

Zazwyczaj emocjonalna. Jej rodzice są nieodpowiedzialnymi (i skrajnymi) debilami. Dziedziczą zamek w Czechach i przeprowadzają się na niego ze Stanów. Jedynym problemem jest fakt, że żyją w stanie permanentnego spłukania i absolutnie nie mają pieniędzy na utrzymanie tej zabytkowej kupy gruzu.

Podobne historie zostały już opowiedziane wiele razy. Jednocześnie tutaj wyczułem dużo świeżości (wynika ona między innymi z tego, że autor świetnie zna temat – Boček jest kasztelanem na jednym z czeskich zamków).

“Na pochówek w rodzinnym grobowcu czeka na nas łącznie dwanaścioro Kostków z Kostki, którzy zmarli za granicą – urny z ich prochami zajmują prawie połowę biblioteczki. Za wyjątkiem psychopatów i seryjnych morderców jesteśmy prawdopodobnie jedynymi Amerykanami, którzy mają w mieszkaniu kolumbarium.

(…)

Z jakichś zagadkowych przyczyn transport nieboszczyka, mimo iż został skremowany , kosztuje więcej niż bilet lotniczy żywego pasażera.

Kiedy ojciec trochę się uspokoił, zadzwonił na lotnisko raz jeszcze i próbował wytargować przynajmniej zniżkę grupową. Pani z z firmy lotniczej najwyraźniej stwierdziła, że ma do czynienia z wariatem i groziła, że zadzwoni na policję. Ojciec znów się zdenerwował i powiedział, że za takie pieniądze można wynająć prom kosmiczny.

Pani powiedziała, żeby w takim razie zadzwonił na przylądek Canaveral i odłożyła słuchawkę.

Matka zaproponowała, żeby prochy wysłać w pudełku po dziesięciokilowym proszku do prania. Wydawało jej się, że to całkiem dobry pomysł, ale ojciec się nie zgodził. Ponoć nie możemy zsypać wszystkich Kostków razem. Zarówno dlatego, że niektórzy otwarcie się nienawidzili, jak i dlatego, że walizka z proszkiem do prania mogłaby się zgubić. “

Trevor Noah – “Nielegalny. Moje dzieciństwo w RPA”

KUP WERSJĘ PAPIEROWĄ.

Południowo-afrykański stand-uper opowiada o życiu w RPA końca ery apartheidu.

Pisze o segregacji, konfliktach rasowych i biednym życiu w dzielnicy, w której władzę sprawują ni to plemiona ni to gangi (Zulusi tworzą grupy przestępcze tylko z Zulusami i rządzą ulicami Joburga).

Trevor miał naprawdę przerąbane dzieciństwo. A jednocześnie potrafi z niego żartować. Godne to jest.

Momentami książkę czyta się jak spisany na papierze stand-up. Taki w starym dobrym, amerykańskim stylu. Pojawiają się wątki obrazoburcze i ateistyczne.

“- Tylko katolikom wolno jeść ciało Chrystusa i pić jego krew, tak?

– Tak.

– Ale Jezus nie był katolikiem.

– Nie.

– Jezus był Żydem.

– No tak.

– Czyli gdyby Jezus Chrystus wszedł teraz do kościoła, odmówiono by mu ciała i krwi Chrystusa?

Więcej na temat Trevora i jego książki możecie przeczytać poniżej.

Leave a Reply