1. Gwara Sądecka
W połowie czerwca występowałem na imprezie firmowej na Sądecczyźnie. Wiedziałem, że gwara lokalna jest tutaj wyjątkowo żywa i nawet się orientowałem w jej podstawach. W końcu na studiach mieszkałem z trzema “Sączakami” (a podczas imprez mieszkanie właściwie zamieniało się w Nowy Sącz na uchodźstwie).
W trakcie występu łatwo było mi nawiązać do lokalnych słówek. Pogadałem o mocno mylącym “sprzydo się” i o tym, że jak po raz pierwszy usłyszałem, że “chodok ma dziopę”, to myślałem, że jest czymś zakażony (a w rzeczywistości to znaczy “chłopak ma dziewczynę”).
Po występie zacząłem dopytywać widzów, czy mają jeszcze ciekawsze słowa. Jak najbardziej, mieli. Na przykład “chodź hawok” to “chodź tutaj”. Nie zgadłbym. Mój przesiąknięty amerykanizmami mózg zrozumiał, że ktoś casualowo przyzywa spustoszenie (“havoc”).
Z kolei “oparzelisty” to rzekomo ktoś, kto sobie lubi pojeść. Nie wiem, jak to się łączy z opychaniem się. Jedyny trop jaki mi przychodzi do głowy to taki, że ktoś kto bardzo dużo je, przyjmuje tyle kalorii, że ich spalanie może go oparzyć ;)
P.S. Moja pochodząca z podwarszawskiej wsi babcia mówiła na osobę “oparzelistą”, że jest “żerta”. Mniej ładne, ale przynajmniej czytelne.
2. Leliwa
Było swojsko i gwarowo, to teraz będzie szlachecko ;)
W drugiej połowie czerwca robiłem stand-upy na urodzinach pod Gliwicami. Z info, które dostałem o solenizancie, wynikało, że ma zajawkę na tradycje szlacheckie swojej rodziny. Spokojnie. Nie było szabli, sygnetu, kontusza ani tym bardziej wibrującego “r”. Po prostu Pan gdzieś tam w socialach dzielił się herbem swojej rodziny – Leliwą.
Idealna podkładka pod żarty typu “szlachta nie pracuje” ;)
I teraz potencjalni mieszkańcy wschodniej Małopolski pewnie pomyślą: “Ej?! Grałeś dla Tarnowskich?”
Nie. Herby były o wiele mniej unikalne, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Leliwą posługiwało się ponad 800 rodzin! Czyli krótko mówiąc, gdyby Leliwa była psem, miałaby na imię Burek.
Pierwotne przeznaczenie herbów tutaj brało w łeb – bo czytałem, że powstały one po to, żeby było wiadomo, kogo lać a kogo nie lać w trakcie bitwy. W wypadku potyczek lokalnych i zajazdów szlacheckich bardzo łatwo mogło się okazać, że “leliwczyczy” są po obydwóch stronach pola.
W trakcie reaserchu dowiedziałem się jeszcze jednej rzeczy. Leliwa była nie tylko herbem, ale też okrzykiem bojowym. I tak Wam powiem, że gdybym szedł na bitwę i miał krzyczeć “Le-li-wa!!!”, to chyba byłbym bardziej zachęcony do drzemki w sadzie niż do jakiegokolwiek rodzaju wojaczki.
I to jest ciekawe, jak czasami rzeczy się ze sobą łączą. Wspomniany wyżej występ miałem w tym samym czasie, w którym zaczynałem pisać scenariusz gry terenowej po Krakowie z herbami (w tym Leliwą) w roli głównej. Zlecenia były ze sobą absolutnie i kompletnie niepowiązane a jednak jakoś się powiązały same. O grach pisałem zresztą ostatnio :)
3. Dziwny kierunek studiów
I tutaj dorzucę ciekawostkę z imprezy odrobinę, ale tylko odrobinę dawniejszej. Jakoś w maju wystąpiłem na weselu w Poznaniu. I okazało się, że pan młody skończył raczej nietypowy kierunek studiów.
Mianowicie MEDYCYNĘ ROŚLIN.
Moja pierwsza myśl po usłyszeniu nazwy tego kierunku brzmiała: “Studia dla Znachorów. Uczą się, jak babkę przykładać i mają laborki z zamawiania uroków.”
Druga myśl: “To właśnie jego wołają, kiedy na SOR przyjedzie połamana paprotka…”
Trzecia myśl: Nie miałem trzeciej myśli. I dlatego zacząłem sprawdzać, czym się zajmuje osoba, która ukończyła ten kierunek.
Okazuje się, że przynajmniej w połowie praca “medyka od roślin” polega na dobieraniu oprysków do rodzaju robali, które konsumują daną roślinę (czyli na dbaniu o to, żeby insekty były bardziej oparzone a mniej oparzeliste, badum tsss!).