Skąd się biorą dowcipy? – część pierwsza

Z jednej strony to ostatnia pozostałość po czasach, w których kultura ludzka opierała się na tradycji ustnej. Z drugiej stanowią swoisty pierwowzór memów. Krążą od człowieka do człowieka, często nawet od kraju do kraju i regularnie zmieniają swoją postać. Kolejni opowiadający morfują je, niechcący przekręcają, ubarwiają, ulepszają bądź okraszają dodatkowymi wulgaryzmami. Określane niekiedy jako krótka forma literacka oparta na jednej puencie. Dla wielu osób stanowią też swojego rodzaju protezę poczucia humoru, bo umówmy się, że do opowiedzenia zasłyszanego gdzieś dowcipu nie trzeba mieć w sobie zbyt wiele, hmmm dowcipu. Dowcipy, żarty, kawały. Skąd toto się bierze? Czytaj dalej „Skąd się biorą dowcipy? – część pierwsza”

Piła

Trafiła mi się ostatnio specyficzna fucha, a mianowicie humorystyczne komentowanie meczu piłki nożnej, na dodatek po angielsku. O ile z moim angielskim nie jest najgorzej (a można powiedzieć nawet, że całkiem nieźle), o tyle o piłce nożnej nie mam bladego pojęcia. Nie wiedziałem, że są tam w ogóle jakieś reguły! Zawsze myślałem, że się dostaje piłkę i leci z nią przed siebie (prawdopodobnie dlatego zazwyczaj nikt nie chciał mnie wybrać do drużyny ani w podstawówce, ani w ogólniaku ani na studiach [to było dla mnie najbardziej niesamowite, no bo po co inżynierom piłka nożna?]). Ale człowiek to taka świnia, która jak usłyszy dobrą stawkę, to jest skłonna zadeklarować pracodawcy, że potrafi dolecieć w dzień na księżyc i to na dodatek śpiewając „Marsyliankę” w języku mandaryńskim. Zadeklarowałem, że oczywiście, zasady soccera mam wpojone lepiej niż sam Ronaldo (kimkolwiek on kurwa jest).

Przeczytałem jedną część Harrego Pottera i myślałem, że zasady gry w quidditch są popieprzone. Myliłem się. Cztery latające piłki z różnymi zadaniami i uganianie się za nimi na miotłach to nic w porównaniu z rożnymi, karnymi i osławionym spalonym, którego reguły są bardziej rąbnięte niż pochodzące z fizyki kwantowej równanie Shroedingera opisujące prawdopodobieństwo na to, że samolot przeleci nietknięty przez betonową ścianę. Zacząłem nadrabiać trzydzieści dwa lata zaległości w interesowaniu się piłką nożną. Po raz pierwszy w życiu umówiłem się z kumplami na mecz. Koledzy z niedowierzaniem i politowaniem rysowali mi na kartkach małe boiska i tłumaczyli, gdzie jest pole karne, co to corner a co penalty. Później głośno kibicowali, darli się, rozlewali piwo i prawie wskakiwali na stoliki, a ja robiłem notatki. Już rozumiem piłkę nożną. Rozumiem wszystko, oprócz jednej podstawowej rzeczy. Co w tym u diabła jest ciekawego? Czytaj dalej „Piła”

Grafomani kontra grafomani

O ile ciężko wyznaczyć coś takiego jak prawdziwe znaczenie słów, o tyle z całą pewnością można stwierdzić, że wyraz grafoman, pierwotnie wcale nie oznaczał pisarza obdarzonego wyjątkowo ciężkim piórem. Podobnie jak nimfomanka to nie jest łatwa laska, która lubi seks, ale kobieta owładnięta patologicznym przymusem pieprzenia się z każdym i w każdych okolicznościach. Prawdziwa nimfomanka pójdzie do łóżka z biznesmenem, z przyjemnością odda się miłości oralnej z napotkanym żulem, wreszcie w skrajnych okolicznościach będzie próbowała przelecieć ogrodową choinkę (ten stan świetnie opisuje film von Triera „Przełamując Falę).

Grafomania to termin medyczny, oznaczający chorobliwe uzależnienie od działalności „literackiej” (z greckiego „graphein” – rysować i „mania” – szaleństwo). Nazwy tej psychiatrzy używają od początku dziewiętnastego wieku na określenie uporczywego nawyku pisania, spisywania, tworzenia list i pamfletów (aczkolwiek z tego co zauważyłem, polscy naukowcy wobec tych samych symptomów  chętniej używają określenia „hipergrafia”).

Ludzie dotknięci grafomanią czują kompulsywną potrzebę przelewania myśli na papier. Spisują w pokręcone listy przedmioty znajdujące się wokół nich, prowadzą absurdalnie szczegółowe pamiętniki, znany jest też przypadek człowieka, który nieprzerwanie rymował w głowie przez pięć lat!!!!! (Czuł chęć zapisania rymów, więc liczy się jako grafoman-hipergraf.) W skrajnych przypadkach ludzie dotknięci tą przypadłością piszą po spirali od krawędzi kartki do jej środka, pieczołowicie kaligrafują literki od prawej do lewej, albo wreszcie wymyślają własny alfabet (istnieją podejrzenia, że Manuskrypt Voynicha został stworzony przez jakiegoś czternastowiecznego grafomana). Czytaj dalej „Grafomani kontra grafomani”

Trzy gry

Ponieważ czas jakiś temu kupiłem sobie nowego (ale nie jakoś szczególnie wypasionego) laptopa, znów mogę grać w gry. Mój poprzedni lapek był tak wielkim zamulaczem, że już pięć lat temu moja siostra przekazała go mnie, bo uznała go za sprzęt zbyt słaby do pracy tłumacza, czyli de facto papierkowej roboty. Dało się na nim pisać, oglądać filmy, przeglądać strony internetowe i to właściwie tyle. Ponieważ teraz mam nowego i jeszcze chwilowo błyszczącego gada z pod mało znanej marki Packard Bell, otwarła się przede mną gama nowych możliwości. Na przykład wybór gier, po które mogę sięgnąć jest aktualnie odrobinę większy niż pasjans i saper. Korzystam. Pograłem we wszystkie zainstalowane przez producenta (czy tam kogoś) darmowe zręcznościówki. Przeszedłem kretyńskie i zarazem szalenie śmieszne „Plants vs. Zombies.” Aktualnie siedzę nad legendarną przygodówką „The Walking Dead.” (Czyli spełniło się moje niegdysiejsze proroctwo.) Niestety tak mam, że nie wystarcza mi bierny odbiór. Kiedy gram, niby koncentruję się na migających na ekranie stworach i obrazach, ale jednocześnie gdzieś w głowie pałęta mi się i kiełkuje myśl, że ja bym przecież zrobił lepszą grę. Gram, a jednocześnie przychodzą mi do głowy pomysły na gry nowe. Oto one: Czytaj dalej „Trzy gry”

Kim jesteś komiku? Kim jesteś kabareciarzu?

Z czasów swojej pierwszej młodości (czyli tej przed szesnastką) pamiętam wyraźnie jedną rzecz mocno związaną z zawodem scenicznego rozśmieszacza. Kiedy jakiś bardziej zamierzchły odpowiednik Piotra Kraśko siadał w dwójkowym studiu i zapowiadał komedię bądź galę estradową, bądź na przykład całościowy program jakiegoś kabaretu (zazwyczaj Potem) bardzo mocno różnicował nazewnictwo odnoszące się do biorących udział w przedsięwzięciu ludzi. A więc jeśli zapowiadał zagraniczne dzieło komediowe, mówił, że główną rolę gra w nim komik. Jeśli ów komik miał przez przypadek wykształcenie sceniczne, był nazywany aktorem komediowym. Jeśli natomiast nie miał wykształcenia, ale pochodził z naszego pięknego, nadwiślańskiego kraju dostawał etykietkę kabareciarza. Nie było komików w Polsce, nie było kabareciarzy we Francji. Aktorzy komediowi plenili się i wpierdalali w ten interes po wszystkich możliwych stronach wszystkich granic świata. Brak komików w Polsce to ciekawostka, bo archetypowy życiorys statystycznego komika i statystycznego kabareciarza wygląda bardzo podobnie. I w Polsce i za granicą na estradę wchodzi się tylnymi drzwiami. I komik i kabareciarz zaczynają się bawić w scenicznych zawadiaków na studiach, później studia rzucają, a sceniczne zawadiactwo zostaje. Czytaj dalej „Kim jesteś komiku? Kim jesteś kabareciarzu?”

Ja, copywriter

Ostatnio zacząłem pisać tak zwane preslle oraz tak zwane opisy marketingowe (obydwa opierają się na pieprzeniu bez sensu, ale mają co innego na celu). Zlecenia pozyskuję z jednego z popularnych portali copywriterskich, ale jego nazwy nie podam, bo za klepanie reklamowych tekścików mi płacą, ale za samą reklamę już nie. Płącą… No tak, cośtam płacą. Najbardziej popularna stawka to jedno euro za sto słów. Niekiedy idzie szybko. Bo zdarzają się artykuły, które chlastam w około dziesięć minut, ale na ukończenie większości z nich potrzebuję pół godziny. Więc zawrotna kasa to to nie jest. Czytaj dalej „Ja, copywriter”

Sprawdź ofertę występu z żartami na temat branży. Stand-up na imprezę firmową