32 pomysły na hobby (testowałem prawie wszystkie)

Mam w życiu zdecydowanie zbyt dużo hobby. Żonglowanie, czytanie, zabawa jojem, nauka dźwiękonaśladownictwa (tak, poważnie !) Jeszcze więcej ze swoich pasji odrzuciłem, odłożyłem do lamusa i już raczej nigdy po nie nie sięgnę. Nie zamierzam już chodzić na jogę, grać na didgeridoo ani uczyć się węgierskiego.

Każda z powyższych zajawek zostawiła we mnie ślad i miała wpływ na to, jakim człowiekiem jestem (zrytym). Od dziecka jestem testerem pasji- gościem wręcz idealnym do tego, żeby napisać wpis pod tytułem „33 pomysły na hobby” (swoją drogą prowadzenie bloga to też moja moja mała mania – patrz punkt 7 ;))

1. Żonglerka

No generalnie podrzucanie kolorowych piłeczek. Nic wielkiego. Żonglować potrafi więcej osób, niż się może wydawać.

Dla mnie ta zabawa jest jednak bardzo ważna i dosyć mocno wpłynęła na moje życie. W którymś momencie dotarło do mnie, że potrzebuję dużo więcej ruchu niż mi się zdawało. Że w ciepłe miesiące mam więcej mocy w sobie, bo non stop coś robią. A w zimne zaczynam trochę gnić i podśmierdywać od środka.

I stąd wziął się pomysł, żeby zacząć żonglować. Bo jest to forma ruchu, którą można zabrać ze sobą nominalnie wszędzie i praktykować w każdych warunkach. I działa! Od dwóch lat w okresie od października do marca dodaję sobie mocy podrzucając te trzy durne, kolorowe kuleczki. Zacząłem też czasami żonglować na scenie w ramach rozgrzewania widowni.

A poza tym żonglerka dodała mi pewności siebie wtedy, kiedy miałem jej mniej. Bo nigdy nie byłem szczególnie dobry w zabawach wymagających koordynacji ruchowej. Nauka podstawow była dla mnie trudna, żmudna i zajęła mi tak ze trzy razy więcej czasu niż normalnemu człowiekowi. Ale jak te trzy piłeczki w końcu zaczęły śmigać, poczułem, że wierzę w siebie jakby mocniej.

2. Zabawa Yoyo

Trochę jak żonglowanie, ale można się tym bardziej jeszcze bardziej wszędzie. Na przykład stanąć w korytarzu pociągu i „się czymś zająć”, żeby nie zwariować.

Yoyo daje też duże możliwości rozwojowe. Wbrew pozorom to nie jest tylko machanie góra-dół. Można się też uczyć sztuczek i są ich dosłownie setki.

Przy okazji podoba mi się to, jak ludzie się na mnie gapią, kiedy bawię się yoyem w kolejce do kasy w Biedrze albo w poczekalni u lekarza. Są to spojrzenia pełne niedowierzania, fascynacji i czasami lekkiej pogardy. Bo ludzie patrzą na mnie i widzą, czterdziestoletniego typa, który bawi się zabawką dla dzieci. Cieszę się, że mogę wprowadzić im do egzystencji odrobinę elementu baśniowego i wyrwać z utartych schematów myślowych.

3. Nauka iluzji

W dzieciństwie przeżyłem krótki moment fascynacji iluzją. Po nauczeniu się dwóch sztuczek, zacząłem wymyślać własne. Pamiętam jedną. Polegała na połknięciu monety. Wykonałem ją raz. Nie mam pojęcia, jakie były dalsze losy monety. Albo wyszła albo się strawiła, bo nie pikam na lotniskach.

W życiu dorosłym kilka razy do tego hobby wracałem. Kupiłem sobie kilka rekwizytów i przez parę miesięcy maltretowałem trik ze znikaniem monety (już bez połykania). Obecnie solidnie potrafię wykonać jeden prosty efekt. I muszę Wam powiedzieć, że nic tak nie imponuje ludziom na imprezach, jak pojawianie znikąd kawałka szmatki.

Hobby na dobre mnie nie wciągnęło, ale może kogoś z Was akurat wessie, bo za jego pomocą można zaimponować ludziom jak niczym innym.

4. Występowanie

Regularnie spotykam ludzi, którzy mówią, że ich pasją są występy publiczne. Mnie wtedy troszeczkę szlak trafia, bo występy niepubliczne nie są występami tylko mówieniem do siebie (też lubię, ale jednak… szanujmy się). W związku z czym, po co dodawać tam to durne „publiczne”?

Dlatego ja mówię, że moją pasją jest po prostu występowanie. I tutaj nie mówimy o jakiejś przelotnej fascynacji ale o La Grande Passion. W momencie, w którym postanowiłem, że założę kabaret, poczułem jakby we mnie pojawiło się coś, czego zawsze mi brakowało. Gdzieś we mnie odnalazł się ten jeden brakujący puzzel, który dopełnił moją wewnętrzną układankę. Przy okazji ta zajawka jest szczególnie istotna, bo udało mi się zrobić z niej zawód (za te stand-upy na festynach i firmówkach to mi jednak płacą).

Oczywiście jeśli chcecie występować (publicznie) i poczuć wyjątkową adrenalinę, jaka się z tym wiąże, wcale nie musicie robić stand-upów ani zakładać kabaretu.

Istnieją też inne formy. Na przykład:

Ale jeśli byście jednak chcieli zacząć od stand-upu, to pod spodem zamieszczam tekst na ten temat.

A tak przy okazji mam do polecenia bardzo fajny kurs związany z występowaniem. Byłem, testowałem, jest polecane :)

5. Improwizacja sceniczna

Baaardzo specyficzna forma występowania. Nie musicie spędzać godzin na przygotowywaniu tekstu. Za to poświęcacie dzikie ilości czasu na treningi improwizacji (które dla postronnego i niezorientowanego obserwatora mogą przypominać spotkania sekty).

Uczycie się dziwnych, trochę nienaturalnych zasad improwizacji i (akceptacja i odrzucanie pomysłów – kto tak robi?!) i naprawdę mocno trenujecie swoją kreatywność.

Zajęcia z improwizacji scenicznej odbywają się właściwie w każdym dużym mieście i z tego co słyszę, wielu ludzi chodzi na nie częściowo, bo naprawdę by chciała występować a częściowo nooo hobbystycznie.

6. Malowanie po murach

Nie mogę powiedzieć, czy kiedykolwiek malowałem po murach czy nie. Gdybym powiedział, że tak, to przyznałbym się do czegoś nielegalnego. A aż tak głupi to nie jestem.

Ale od znajomych (dalekich znajomych, panie władzo, ich danych personalnych nawet nie pamiętam) słyszałem, że jest to niewiarygodna mieszanka sportu ekstremalnego i ekspresji artystycznej. Serce bije żwawiej i nakręca pragnienie tworzenia, które cienkim, syczącym strumieniem przelewa się na mur. Coś jak granie na skrzypcach na polu bitwy.

7. Pisanie bloga

Tak, blog jest jednym z moich mediów promocyjnych. I to głównych. To właśnie przez bloga znajduje mnie znaczna część moich klientów.

A jednocześnie, tworzenie tej strony, dalej jest moją pasją. Za dowód niech poświadczy fakt, że ten tekst piszę w dzień, który zaplanowałem jako całkowicie wolny. Jako drugi dowód podam to, że ten wpis do niczego mi się nie przyda. Nie zdobędę dzięki niemu więcej zleceń, a przychody z reklam na blogu mam znikome (trzy złote miesięcznie :))

Ergo – to co w tym momencie robię, to czysta, skondensowana zajawka!

Część ludzi może też mieć obiekcje, czy pisanie bloga ma jakikolwiek sens w dzisiejszych czasach zdominowanych przez filmiki z TikToka. Ano ma. W roku 2025 mam 200 do 350 wyświetleń dziennie. Blogi dalej żyją i mają się świetnie. Wystarczy prowadzić je autentycznie, z pasją i pisać o znanych sobie tematach.

A nawet gdyby Wasz blog miał się nie mieć świetnie, to przypominam, że szukacie teraz hobby a nie roboty dodatkowej ;)

A ja przy okazji sobie podpromuję wpis, który mi się przyda zawodowo, a Wasze kliknięcia powinny go odrobinę pchnąć w górę w zawrotnych mechanizmach Googli i Bingów :)

8. Pisanie opowiadań

Kiedyś twierdziłem, że będę pisarzem. Tak mniej więcej przez osiem lat. Dlaczego nim nie zostałem? Po pierwsze, nie umiem wystarczająco dobrze pisać. Po drugie, to jest cholernie nudne. Co innego machnąć wpis na Facebooka albo notkę na blogu. A co innego godzinami siedzieć, poprawiać zdania, kleić wątki, szukać zakończeń.

Mimo wszystko przetestowałem to hobby i fajnie mi się sprawdzało właśnie jako hobby. Na luzie przez jakiś czas na osobnym blogu publikowałem opowiadania do 1000 słów (chyba już zniknął, bo nie mogę go znaleźć). I nie chcę nigdy więcej robić z pisarstwem niczego więcej.

Życie jest zdziebko zbyt krótkie, żeby spędzać noce z mordą w komputerze! Ale może akurat Wam taka zabawa przypasuje.

9. Oszczędzanie

Czy odmawianie sobie kapucziny na mieście sprawia mi przyjemność? Jakby niekoniecznie.

Ale szukanie chytrych myków, żeby w więcej zostało w portfelu już tak. Pod spodem wymieniam trzy przykłady oszczędzania, które dają mi dopaminowego „boosta”:

  1. Obserwowanie jak hajsy na lettyshops rosną. Tak, ten system cashbacków naprawdę działa. Wystarczy, żebym robiąc zakupy online, pamiętał o wejściu na allegro przez odpowiedni link. I parę groszy zaoszczędzonych całkowicie za darmo.
  2. Gapienie się na odsetki na koncie oszczędnościowym Revolut. Revolut zaczynał jako karta przedpłatowa do transakcji za granicą. Teraz jest już pełnoprawnym bankiem. I ma bardzo fajne konta oszczędnościowe (najbardziej podoba mi się u nich czytelność i łatwość, z jaką można wszystko ogarnąć). Patrzenie jak przybywa wam 0.50 groszy każdego dnia z nie aż tak znowu dużych kwot (koło 6000), jest naprawdę budujące.
  3. Zbieranie punktów za bingowanie. Microsoft tak bardzo zazdrości sukcesu Googlom, że zaczął płacić za używanie swojej wyszukiwarki. Tak jakby. Bo za wyszukania dostajemy punkty, które z czasem można wymienić na bony na allegro. Doświadczenie wyszukiwania nie różni się aż tak znowu bardzo, a punkty zbierają się właściwie same.

10. Nauka technik pamięciowych

Przez dwa albo trzy lata, w okolicach liceum, chodziłem na Studium Doskonalenia Zdolności Poznawczych. Świetna zabawa! Wciągnąłem się. Przerabialiśmy techniki pamięciowe, metody szybkiego czytania, trening kreatywności i jeszcze raz techniki pamięciowe.

I na te mnemotechniki w trakcie tych zajęć zwracam uwagę nie przez przypadek. Przez mniej więcej 70% czasu na zajęciach zasuwaliśmy jedno konkretne ćwiczenie.

Pomagało ono zapamiętać długi ciąg losowych słów. Czterdzieści wyrazów po jednym usłyszeniu.

Jakie są zastosowania tej techniki? Znam dwa. Wkucie listy zakupów i zaimponowanie rodzicom, którzy byli zapraszani na lekcję pokazową na koniec roku.

Szanowne mamusie i tatowie widzieli, że ich dziecko jest w stanie zapamiętać rozsypankę słowną, a następnie powtórzyć ją w dowolnej kolejności. Od przodu. Od tyłu. Na wyrywki. Co drugie słow.

To robiło wrażenie i pomagało zwiększyć ilość zapisów. Czy rodzice rozumieli, że to jest technika, która pozwala zapamiętać tylko losowe słowa i nie do końca wpływa na umiejętność wykucia do klasówki? Śmiem twierdzić, że nie. Widziałem, że część z nich miała grube problemy ze zrozumieniem, czym właściwie są losowe słowa.

Ale bawiłem się przednio – zarówno na zajęciach, jak i na lekcyjce pokazowej.

11. Jeżdżenie na taksówce

To jest jeden z kilku przykładów hobby na mojej liście, którego nie testowałem (na szczęście, bo nie umiem i nienawidzę prowadzić auta). Raz jednak wiozła mnie pani taksówkarka, która powiedziała, że tak ogólnie jest nauczycielką, ale z pasji zrobiła papiery i siadła na taryfie.

Mało tego, skończyła kurs w tajemnicy przed rodziną i powiedziała im o nowym fachu, dopiero zakładając koguta i wychodząc z domu na nocną zmianę. No dla mnie jest to całkiem inspirujące!

12. Nauka gry na didgeridoo

Didgeridoo to taka aborygeńska rura, na której da się ni to harczeć ni to dudnić. Jeden z niewielu na świecie instrumentów dętych rytmicznych (co oznacza, że dźwięk wydaje się z niego ustami, ale w efekcie powstaje bit a nie melodia).

Raz kumpel zabrał na Mazury dudy i didgeridoo (tak, mam specyficznych kumpli). Następnie rurę mi pożyczył i razem generowaliśmy całą masę hałasu. Przy okazji z mojego punktu widzenia didżu ma kilka zalet:

  1. Świetnie nadaje się do generowania dużych ilości hałasu, a ja raczej lubię być głośny
  2. Dźwięk jest wibrujący i pomaga wejść w coś na kształt hipnotycznego relaksu (Grającemu. Z relaksem otoczenia może być ciężko.)
  3. Za cholerę nie da się poznać, czy ktoś gra na tym dobrze czy źle – idealne ustrojstwo dla osób absolutnie niemuzykalnych (jak ja)

13. Nauka śpiewu

Chodziłem na lekcje śpiewu przez mniej więcej półtora roku. Efekty? Kurde. Dziwię się, że moja nauczycielka to wytrzymywała. Wyję jak zarzynane ciele i nie trafiam w tonację.

A jednocześnie, to wycie jazzowych standardów i klasyków z polskiej estrady było dla mnie bardzo przyjemne. Na chwilę mój mózg musiał się skupić na czymś zupełnie nowym, innym, bardzo trudnym. W trakcie tych lekcji odpływałem gdzieś daleko i dzięki temu odpoczywałem.

A przy okazji, dzięki śpiewaniu nauczyłem się kontrolować wysokość głosu, co regularnie przydaje mi się na scenie.

14. Nagrywanie podcastu

Trochę jak pisanie bloga, ale mówione. I łatwiej w sumie sprawić, żeby ktoś tego słuchał. Bo do czytania bloga trzeba zaangażować dużo uwagi. Podcast można sobie puścić podczas mycia garów. Ergo – jak zaczniecie nagrywać, część znajomych go po prostu sprawdzi i potencjalnie stanie się Waszymi słuchaczami.

Technikalia potrzebne do nagrywania podcastu w tym momencie są raczej skromne (i nieszczególnie drogie). Ja nagrywam na mikrofonach krawatowych RODE i jest ok. Czasami jakiś purysta przypieprzy się do jakości dźwięku, ale są też ludzie którym lekki pogłos nie przeszkadza (każdy odcinek ma od 200 do 2000 wyświetleń).

Mam też jedną istotną uwagę. Świat podcastów robi się coraz mocniej nasycony. Jeśli planujecie zacząć nagrywać własny, pomyślcie o zaklepaniu jakiejś niszy. Jeśli chcecie nagrywać o historii, nagrywajcie o jej konkretnym okresie albo z konkretnej perspektywy. Jeśli chcecie rozmawiać ze znanymi ludźmi, wymyślcie nietypowe kategorie pytań.

Ja nagrywam podcast, do którego zapraszam innych stand-uperów, żeby opowiadali o swoich dziwnych występach. Ta nisza wydaje się być wystarczająco wąska.

15. Granie w RPGi

RPG to jedna z najdziwniejszych rzeczy, jaka kiedykolwiek została zakwalifikowana jako gra. Grupa osób siedzi przy stole. Jedna z nich opowiada historię – zazwyczaj w klimacie fantastycznym. Pozostali odgrywają postacie z tej opowieści – druidów, krasnoludzkich czarnoksieżników, zmutowanych barbarzyńców i cyebrnetycznych zabójców (tak, światy, w których te wszystkie postacie mogą się spotkać, zdecydowanie istnieją).

Do tego wszystkiego dochodzą rozbudowane uniwersa i rzucanie kostkami o zdecydowanie zbyt wielu ściankach. Rozrywka jest specyficzna, mocno wymagająca i zdecydowanie nie dla każdego. Stanowi jednak świetną zabawę, która plasuje się gdzieś na styku teatru, storytellingu i hazardu (na pieniądze się nie gra, ale rzut kostką to zawsze jednak mały adrenalinowy dreszczyk).

16. Granie w kalambury (lub inne gry kreatywne)

Muszę się przyznać do czegoś wstydliwego. Przez kalambury uwaliłem rok studiów. W jednym z wynajmowanych mieszkań tłukliśmy właściwie co wieczór. Szybko przestaliśmy grać na tytuły filmów i przeszliśmy na abstrakcyjne, trudne do wytłumaczenia kategorie.

Jakim cudem pięciu osobom nie znudziło się to przez rok? Nie mam bladego pojęcia. Czasy chlania tanich piw z Carefoura i pokazywania postaci mitologicznych za pomocą gestów wspominam jednak ze swojego rodzaju rozrzewnieniem.

Swoją drogą teraz znam o wiele więcej gier, którymi można urozmaicić imprezę (patrz poniżej) i czasami zdarza mi się nawet prowadzić gry kreatywne na wydarzeniach dla firm. Nigdy nie wiadomo, co kiedy i komu może się przydać.

17. Osiągnięcie poziomu maestrii w grze strategicznej (kropki)

Są ludzie, którzy poświęcają całe życie na naukę szachów. Inni uczą się GO. Ja długo tłukłem w biedniejszego kuzyna tego ostatniego. KROPKI – rzekomo mają podobne zasady co ta stara, japońska gra strategiczna. Mają nad nią też pewną niekwestionowaną przewagę. Da się w nie grać na lekcji – za pomocą kartki papieru i dwóch długopisach o różnych kolorach.

Pomimo ich prostoty formalnej uważam KROPKI za pełnoprawną grę strategiczną, która swojego czasu dała mi sporo satysfakcji. Zdarzało się, że przeciwko mnie grały dwie osoby na raz i nie potrafiły zgarnąć ani jednego punktu (inna sprawa, że te dwie osoby za diabła nie miały doświadczenia w grze w kropki ani innych grach strategicznych :))

18. Minecraft (albo inna gra na komputer)

Ludzie w moim wieku (40+) często nie rozumieją fenomenu Minecrafta. A dla mnie to jest taka gra, o jakiej marzyłem, kiedy byłem mały. Jak tłukłem we wszystkie Superfrogi, Warcrafty i inne Herosy, brakowało mi możliwości pójścia gdziekolwiek i zrobienia czegokolwiek.

Minecraft to jest z grubsza to, na co czekałem dwie trzecie życia. Gra całkowicie nieliniowa, w której jak pokombinujesz, możesz zrobić wszystko. Jeden z moich znajomych powiedział mi ostatnio, że nie lubi Minecrafta, bo on nie ma wyrazu. Błąd w myśleniu. Minecraft jest jak tofu. To nie jest tak, że nie ma smaku. Może po prostu mieć taki smak, jak chcesz.

19. Składanie Origami

Umiem zrobić w origami żabę. Skaczącą. Raz, jak pracowałem w knajpie i nie mieliśmy ruchu, z kumplem robiliśmy żaby origami przez cztery godziny. A później dawaliśmy jedną każdemu klientowi. Dobre napiwki. Jeszcze więcej spojrzeń typu „po***ło cię typie?”

Origami przy okazji mocno daje do myślenia. Pokazuje, jak wiele można osiągnąć niewielkimi środkami. Udowadnia jak potężny jest ludzki umysł, jeśli ma odrobinę samozaparcia i zdecydowanie zbyt dużo wolnego czasu. Bo wiecie ten wzór, który przypomina płaza i jednocześnie skacze po naciśnięciu palcem, ktoś musiał opracować, prawdopodobnie w procesie wielu długotrwałych i nieudanych prób.

20. Tworzenie projektów 3D

Tutaj mała anegdota odnośnie tego, jak mało wyczucia miewają rodzice. Jak miałem naście lat, mój szwagier wprowadził mnie w świat grafiki trójwymiarowej. Zainstalowałem 3D STUDIO, siedziałem po nocach, uczyłem się nowych funkcji i dłubałem, dłubałem, dłubałem.

Fajna rozrywka. Ma równie dużo wspólnego z rysowaniem co rzeźbieniem. Do tego rozwija wyobraźnię przestrzenną i wymaga przestawienia się na myślenie o fakturach, teksturach, światłocieniach, źródłach światła.

Były późne lata dziewięćdziesiąte. Grafika 3D już niedługo miała stać się jednym z trendów i swojego rodzaju hitów. A ja do dzisiaj pamiętam, jak mama mi wpadła do pokoju, kazała zamykać ten durny program i matematyki się uczyć (na wszelki wypadek dodam, że zawsze przechodziłem z klasy do klasy bez problemu i nawet bez ocen miernych :).

Grafikiem 3D nie zostałem i to nie tylko dlatego, że mama mi zabroniła. Na dłuższą metę nie moja bajka. Chciałem jednak zostawić tutaj swojego rodzaju przestrogę.

Jeśli jesteście rodzicami i Wasze dziecko ma dziwne hobby, to zanim zagonicie je do kucia trygonometrii, zastanówcie się czy tej zajawki nie da się ukierunkować tak, żeby stała się dobrze opłacaną robotą.

21. Podróże stopem (i inne przykłady spania po krzakach)

Miałem mniej więcej 23 lata. Studiowałem kierunek, którego nienawidzę (budownictwo, ha tfu!). Coraz gorzej się miewałem i bałem się kursu, który obrałem w swoim życiu (nuda, stagnacja, cegły).

Pewnego lata postanowiłem w wakacje jechać na stopa. Nikt ze znajomych nie chciał się do mnie przyłączyć. Dlatego dałem ogłoszenie na stronie autostop.pl i skumałem się z niejakim Michałem. Razem ruszyliśmy w Europę.

Chcieliśmy dojechać „tylko” do Ljubljany. Po kilku dniach, 30 kilometrów od stolicy Słowenii zatrzymał się nam szalony brytyjski sekciarz, który przywitał nas słowami: „Hi guys! I am going to Istambul. Whanna go with me?”

No i pojechaliśmy. W trakcie wyjazdu działy się rzeczy niesamowite i niewiarygodne. Przez 10 dni czułem się jak bohater powieści, a po powrocie przez chwilę wydawało mi się, że mogę wszystko.

Rzuciłem studia, założyłem pierwszy kabaret. Najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjąłem. Krótko mówiąc, polecam autostop, bo zmienia życie.

To zdjęcie nie pochodzi z podróży do Istambułu. Ani nawet z podróży stopem. Ale wiem, że podpisów pod zdjęciami na blogu to już naprawdę nikt nie czyta :)

22. Joga

Rodzaj ćwiczenia na odwrót. W jego trakcie nic się nie robi, ale w tak dziwnych pozycjach, że boli wszystko.

A do tego dochodzą jeszcze medytacje, mantry, ćwiczenia oddechowe – ten cały anturaż, który wydaje się sekciarski, ale w wielu wypadkach na wydawaniu się kończy.

Joga nie została ze mną szczególnie długo (bodajże na trzy miesiące), ale i tak muszę przyznać, że była ciekawą, otwierającą oczy na wiele kwestii przygodą.

23. Sztuki walki

Chodziłem na karate przez dwa albo trzy lata w późnych latach nastoletnich. Efekty? Bić się dalej bardzo zdecydowanie nie umiem. Jeśli zostanę napadnięty, będę musiał uciekać albo udawać martwego.

Coś z tych całych sztuk walki mi jednak zostało.

Poziom rozciągnięcia dalej mam wysoki – w wykopie podnoszę nogę prawie na wysokość głowy. A poza tym wykonywanie uderzeń w powietrze jest dla mnie jednym ze sposobów na podkręcenie sobie poziomu energii.

Tak jest, sprowadziłem tradycyjną sztukę walki z Okinawy do poziomu energizera.

Tutaj to akurat dobry dzień miałem. Na co dzień nie potrafię aż tak wysoko.

24. Nordic walking

Taki turbospacer. Niby idziesz, ale jeszcze dodatkowo machasz rękami.

Spalasz więcej kalorii, a fakt, że zabiera się ze sobą kije w jakiś dziwny sposób motywuje do tego, żeby chodzić szybciej.

Mam wokół siebie przepiękne tereny spacerowe i czasami na te całe kije wyjdę, żeby się pościgać z lokalnymi babciami :)

25. Narty

To będzie opinia kontrowersyjna. Dla mnie narty są nudne.

Wjeżdżasz wyciągiem i marzniesz. Zjeżdżasz. Wjeżdżasz i marzniesz (chyba, że jeździsz gondolką – wtedy się przegrzewasz). Znowu zjeżdżasz.

W moim wypadku nudzenie się na nartach nie wynika z małej oferty tras. Dwa razy byłem w Alpach austriackich. Tam pod względem ilości tras jest raczej godnie.

Jednocześnie dla wielu osób narty są niemalże tożsamością i tym czymś, co trzyma ich w kupie.

Moi rodzice są fanatykami narciarstwa (próbowali mnie zarazić i właśnie tak trafiłem w Alpy :)) Przez lata właściwie co roku przygotowywali się do sezonu właściwie przez sześć miesięcy. Nie dość, że trzymali formę, to jeszcze mieli na co czekać.

26. Żeglarstwo

Takie włóczenie się, ale po wodzie. Dzięki niemu można zaznać wolności i takiego trochę nomadycznego życia – bo jak się dobrze pokombinuje, da się codziennie spać gdzie indziej.

Muszę powiedzieć, że z żeglowania najmilej wspominam pobyty w tak zwanej Strefie Ciszy na Mazurach. To obszar, w którym funkcjonuje zakaz pływania na silnikach, puszczania muzyki, darcia ryja.

Pamiętam, że po przekroczeniu granicy tej Strefy coś się zmieniało. Ptaków było więcej (i swoją drogą darły ryje, w ogóle się nie przejmując zakazami). Zieleń robiła się bardziej gęsta i taka jakby… bardziej zielona. Coś zmieniało się nawet we mnie, tak wewnętrznie. Wyciszałem się niemal automatycznie.

Na swój sposób żeglarstwo polecam, ale teraz już bym nie mógł się nim zajmować. Wymaga ona spania w sześć osób na przestrzeni, która jest komfortowa dla dwóch i to małych.

27. Nauka języka (ale niekoniecznie węgierskiego)

W życiu podejmowałem próbę nauczenia się kilku języków (tak naprawdę wyszło tylko z angielskim). Trochę rozumiem po niemiecku, coś liznąłem hiszpańskiego, podjąłem próbę nauczenia się węgierskiego.

I co? Polecam. Tak jakby. Uwielbiam moment, w którym mózg zaczyna rozpoznawać zupełnie obce dźwięki i łączyć je w znaczenia.

Uwielbiam dowiadywać się o tym, jak bardzo inaczej działa wiele mów tego świata (np. po węgiersku starsza i młodsza siostra to dwa całkiem różne słowa – odpowiednio: húg i nővér).

Bardzo podoba mi się w uczeniu języków też to, że rzekomo jest to jedna z najzdrowszych rzeczy, jakie można zrobić dla swojego mózgu.

28. Gotowanie tłusto, drogo i najlepiej skomplikowanie

Przez jakiś czas uważałem, że gotowanie jest jednym z moich głównych hobby i co gorsza, twierdziłem, że gotować potrafię. To ostatnie to niby jest prawda, ale jednocześnie nie do końca.

To co ugotuję rzadko jest niejadalne. Zazwyczaj smaczne. Czasami naprawdę dobre. Ale z powtarzalnością bywa naprawdę krucho.

Lubię eksperymentować, a kiedyś lubiłem jeszcze bardziej. Po udanym wykonaniu przepisu traciłem nim zainteresowanie niemal całkowicie. Po nieudanym, traciłem je jeszcze w trakcie gotowania.

Poza tym robiłem takie rzeczy jak skrzydełka z buffalo. Z grubsza rzecz ujmując smaży się je na głębokim tłuszczu, a następnie obtacza w maśle i sosie BBQ. W ten sposób otrzymujemy na jednym talerzu zawał i miażdżycę.

Mimo wszystko gotowanie polecam, bo pozwala się wyżyć, zaimponować, a poza tym sprzątanie kuchni po gruntownym jej urypaniu to wspaniała okazja do oczyszczenia swojego umysłu.

Jak widzicie, potrafię nie tylko w buffalo wingsy ale też pankejki :)

29. Wymyślanie memów

To jest kolejny akapit, w którym tak jakby troszeczkę walę ściemę.

Czy robię memy? A jak najbardziej. Zdarza mi się. Czy są to memy związane z moją pracą? No tak. Zazwyczaj tak.

Ale że moja praca jest moją pasją, to już jakośtam możemy to podciągnąć pod hobby. I swoją drogą polecam. Bo podczas robienia memów coś powstaje, ale jednocześnie korzystamy z już gotowych elementów i nie musimy się żadnym pędzlem namachać. Dzięki temu hobby można też dosyć łatwo zyskać parę dodatkowych lajeczków w social mediach. Więc to hobby ma w mojej opinii same plusy :)

Sam robiłem :)

30. Oglądanie filmów z jakiejś niszowej dziedziny

Miałem kilka takich momentów, kiedy zagłębiałem się w dziwne regiony kina. Pamiętam swoją zajawkę na surrealizm i mam wobec niej raczej mieszane uczucia. Zaczęła się od przeczytania biografii Luisa Bunuela. Później obejrzałem „Psa Andaluzyjskiego” i „Dyskretny urok burżuazji”. Nie wiem, jakim cudem przebrnąłem przez „Siedem żywotów Tomasza Katza” i do dziś jestem wdzięczny porysowanej płycie CD, która się zacinała i nie pozwoliła mi dooglądać do końca tego wielkiego monumentalnego gówna, jakim jest „Święta góra”.

Tyle co do surrealizmu. Zajawkę na kino węgierskie wspominam trochę cieplej. „Świadek” z 69 roku jest super i stanowi madziarski odpowiednik Barei. „Biały Bóg” to zasadniczo połączenie „Lessie wróć” i „Buntu Spartakusa”. „Taksidermia” jest ciężko zryta i właściwie kwalifikuje się jako najfajniejszy film surrealistyczny, jaki widziałem.

Inny rozdział z mojej przygody z kinematografią to oglądanie podróbek znanych filmów.

31. Czytanie (w moim wypadku fantastyki)

Czytanie jest chyba jednym z najmocniej reklamowanych hobby we wszechświecie. Bo od wczesnej podstawówy wmawia się nam, że czytanie zwiększa zasób słownictwa i pozytywnie wpływa na wyobraźnię. W dorosłym życiu też spotykamy się z kampaniami promującymi czytelnictwo oraz wymądrzaniem się różnego rodzaju ekspertów, którzy przedkładają wieczór z książką przy kominku nad właściwie cokolwiek innego.

No i ja co do zasady się zgadzam. Czytanie ma power i jest rozwojowe. Parę nieoczywistych zalet tego hobby prezentuje też sympatyczny gentleman z kanału Nauka. To lubię!

Czytanie zdecydowanie polecam i praktykuję od dziecka.

A najbardziej to rekomenduję wniknięcie w któryś z subgatunków literackich. Dla mnie takim gatunkiem była fantastyka. Wbrew pozorom czytanie historii spod jednego szyldu wcale nie jest wałkowaniem w kółko tego samego. Wchodząc głęboko w dany gatunek zaczynamy dostrzegać tropy i konwencje oraz to, jak pisarze się nimi bawią.

W fantastyce na przykład zawsze podobało mi się to, jak poszczególni autorzy próbują znaleźć nowy „myk” na podróże w czasie albo opowiedzieć o dystopii, w której główni bohaterowie są uciskani na sposoby, których jeszcze nie było.

32. Dźwiękonaśladownictwo

Wspomniałem dźwiękonaśladownictwo we wstępie, więc musi pojawić się w zestawieniu.

Jak byłem mały, jeden wujek udawał na każdej imprezie psa, gwizdek czajnika i telefon (wtedy był tylko jeden dzwonek).

Tak mi to imponowało, że też zacząłem się uczyć. Umiem zrobić kilkanaście zwierząt i wiarygodny dźwięk pluśnięcia.

Przy nauce korzystam głównie z Youtuba (jest całkiem sporo materiałów), ale mam też książkę, w której pan z Disney Channell tłumaczy, jak profesjonalnie udawać małpę.

Świetna zabawa. Polecam. Pomaga zwrócić na siebie uwagę prawie tak dobrze jak iluzja.

To już jest koniec! Przedstaw się!

I to już jest koniec zestawienia moich byłych i obecnych pasji. Na samo, samiuśkie zakończenie mam jedną prośbę.

Napiszcie proszę, kim jesteście. Bo zastanawiam się, kto właściwie wpisuje w Google frazę „pomysły na hobby”.

Zostaw odpowiedź

Sprawdź ofertę występu z żartami na temat branży. Stand-up na imprezę firmową